| Italianissima na Salone del Gusto w Turynie - 10.2010 |
|
There are no translations available. Hm, chyba rzeczywiście kobiety są ciekawsze świata i bardziej otwarte na nowe smaki. A może po prostu bardziej zakochane w Italii... Faktem jest, że na Salone del Gusto wybiera się damska ekipa. Jest nas razem pięć, godnie reprezentujemy najsilniejsze italianissimowe ośrodki: Trójmiasto i Warszawę. Dziennikarka Aneta jest na miejscu już wcześniej, bo dla niej to wyjazd w dużej mierze służbowy: odbywające się w Turynie co dwa lata targi Salone del Gusto to największa impreza wystawiennicza ruchu Slow Food (nota bene - Slow Food narodził się w piemonckim miasteczku Bra), z wieloma przeróżnymi imprezami towarzyszącymi, jak pokazy, degustacje wykłady etc. - będzie o czym pisać! Dolatujemy do stolicy Piemontu o czasie, wynajmujemy pojemne auto (potrzebny duży bagażnik na walizki, które zamierzamy wypełnić smakołykami) i pędzimy od razu na targi mimo wieczornej pory. Tam odbieramy pełną wrażeń Anetę i jedziemy już w komplecie do agroturystyki La Margherita w podturyńskiej Carmagnoli. Miejsce to wypatrzyłyśmy podczas wrześniowego rekonesansu w Piemoncie i okazuje się logistycznym strzałem w dziesiątkę - znakomicie skomunikowane z autostradą pozwala nam na codzienne sprawne przemieszczanie się po okolicy. Pierwszą wesołą kolację w agroturismo koronuje nasz ulubiony piemoncki deser bunet na bazie budyniu, kakao i ciasteczek amaretti. Idziemy spać nie nagadawszy się dostatecznie (widujemy się jedynie co kilka miesięcy z racji mieszkania w różnych częściach Polski), ale mamy dla siebie kilka dni i apetyt na nowe kulinarne wrażenia. Rano wyruszamy do Turynu i zamierzamy cały dzień poświęcić Salone del Gusto. Przed wejściem tłumy, ale długaśne kolejki do kas przesuwają się bardzo szybko. Większość oczekujących to Włosi, mnóstwo szkolnych wycieczek, ludzie w każdym wieku i każdego stanu. No, tak - jesteśmy przecież w Italii, gdzie jedzenie otaczane jest niemal kultem religijnym. Na targach dzielimy się na grupy - Aneta biegnie na wykłady i pokazy, praktykujące kulinarnie Renia i Beata ruszają w swoją stronę, a my z Dorotką, jako zdecydowanie bardziej wyspecjalizowane w degustacjach zamierzamy bez ograniczenia oddawać się przyjemnościom podniebienia. Odwiedzamy też stoisko Slow Food'u z apetycznymi wydawnictwami i trudno się nam oderwać od barwnych okładek niezliczonych publikacji poświęconych jedzeniu: przepisy, historie tradycji kulinarnych, książki o winie i właściwie o wszystkich składnikach włoskiej kuchni, powieści, przewodniki, poradniki. Jest w czym wybierać! Na targach prezentują się poszczególne włoskie regiony z dumą serwując swoje lokalne specjały. Oczywiście, zatrzymujemy się przy stoiskach naszego ulubionego Friuli Venezia-Giulia: obowiązkowa degustacja szynki San Daniele z kieliszkiem prosecco. Najwięcej czasu spędzamy przy stoiskach regionów południowej Italii - tam próbujemy wielkich oliwek i kaparów, nieznanych nam wędlin i serów. Maczamy pieczywo w niezliczonych odmianach oliwy, past, kremów i sosów warzywnych, podjadamy nieskończone ilości stuzzichini, czyli małych przekąsek gawędząc z dumnymi i chętnymi do rozmowy wystawcami. Wszystko dokumentujemy - jaka szkoda, że zdjęcie nie może utrwalić też smaku. Od pewnego czasu myślimy o wyprawie Italianissimy na dalekie południe Włoch i targowe doznania smakowe absolutnie utwierdzają nas w przekonaniu, że ta idea jest słuszna. Może więc niedługo Puglia? Po kilku godzinach nieprzerwanej degustacji, ulegania pokusom i zwyczajnemu łakomstwu smaki zaczynają się zacierać, nasze oszołomione kubeczki smakowe przestają reagować na bodźce, jesteśmy w stanie już tylko oglądać i fotografować. Z przejedzenia nie mamy już ochoty na słodkości, te zostają jednak uwiecznione na zdjęciach, bo często są to wręcz małe dzieła sztuki. Wielokolorowe przyprawy, brunatne octy, żółte i zielonkawe oliwy, setki a może i tysiące serów o różnym kształcie, wielkości, wieku dojrzewania, pachnące szynki i salami, dorodne owoce i warzywa, makarony, pizza, sosy, wina, grappy - zaczyna nam się powoli kręcić w głowie od nadmiaru wrażeń wzrokowych, smakowych, węchowych. To przekracza nasze wyobrażenia! Oszołomione ilością enokulinarnych bodźców idziemy na stoiska międzynarodowe i znajdujemy polski Slow Food eksponujący m.in. rodzimą gęsinę. Kuszą wystawcy egzotyczni i europejscy, ale mamy siłę już tylko na pobieżne oględziny ich ekspozycji. Wracamy do Włochów i tam robimy symboliczne, ale dobrze przemyślane zakupy - niestety samolotowe ograniczenia bagażu zmuszają nas do dokonywania serce ściskających wyborów... Udaje nam się w końcu spotkać z resztą gromadki i obładowane targowymi trofeami znów pędzimy do agroturystyki. Tam przebieramy się i trochę "wyelegantowane" wyruszamy na uroczystą kolację do Locandy Gancia w Santo Stefano Belbo w prowincji Cuneo. Jest już ciemno, droga po piemoncku kręta, ale oczyma wyobraźni widzimy zbocza wzgórz pokryte niekończącymi się winnicami. O tej porze roku już ze skromnym listowiem i nie tak imponujące, jak zapamiętaliśmy je, bawiąc na rekonesansie w Piemoncie przed miesiącem. Jesteśmy na czas, zjeżdżają się goście z różnych krajów. Będzie nas łącznie około 70 osób. Aperitivo i pinzimonio (czyli krojone zazwyczaj w słupki świeże i najlepiej młode warzywa, które je się bez użycia sztućców po zamoczeniu w autorskim sosie na bazie oliwy, octu winnego i przypraw) serwowane są na stojąco. Na stołach m.in. peperoni di Capriglio i kolejna odmiana papryki corno di bue di Carmagnola (róg bawoli z Carmagnoli, rym niezamierzony), selery - sedano rosso di Orbassano, sedano nero di Trevi, cardi gobbi z Nizzy Monferatto (warzywa z rodziny karczochów), sery - pecorino z Monti Sibillini i stracchino all'antica delle Valli Orobiche. Do tego nawet sól jest DOC: sale marino artigianale di Trapani. Pijemy znakomite oraz perfekcyjnie schłodzone miedziane spumante gancia cuvee metodo classico, którego szczodrze nam dolewają dystyngowani kelnerzy wyraźne ucieszeni naszą damską kolorową grupką. Kolacja nazywa się "Alleanza tra i cuochi italiani e i presidi Slow Food" - wyrafinowane menu zostało przygotowane przez kilku wybitnych szefów kuchni różnych włoskich restauracji. Miejsca trzeba było sobie zarezerwować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, choć naprawdę nie były tanie... Po bardzo slowfoodowych przekąskach przechodzimy do głównej sali i zasiadamy do elegancko nakrytych stołów. Robią wrażenie imponujące zestawy różnorodnych kieliszków przy każdym nakryciu - jakże wspaniale byłoby móc tak dobierać szkło do serwowanego trunku i w Polsce! Szkoda, że przy stole nie trafiają nam się gadatliwi i otwarci Włosi, z którymi można byłoby wymieniać komentarze na temat konsumowanych potraw. Dzielimy się więc wrażeniami we własnym gronie, a jest się czym dzielić, bo kolejno zjawiają się:
Z premedytacją nie podejmuję się dokładnego tłumaczenia menu na język polski, bo rodzime określenia typu "chudy kapłon" czy "przecier z fasoli" całkiem odzierają je, moim zdaniem, z atrakcyjności. Dla rozczarowanych brakiem bliższych informacji - zdjęcia wszystkich dań w galerii. Jedzenie jest boskie i takież wina towarzyszące poszczególnym daniom. Najwyższe miejsce w naszym rankingu zgodnie przyznajemy kalmarowi podanemu na delikatnym fasolowym kremie. Dodam, że porcje nie są wcale małe, ale wnoszone w odpowiednim tempie sprawiają, że mieścimy w żołądkach i doceniamy wszystko. Niektórym z nas starcza też miejsca na desery, podawane w formie przebogatego i barwnego bufetu. Wybór jest właściwie nieskończony... prawdziwe imbarazzo della scelta. W okolicach deserów robimy niespodziankę jubilatce Dorotce i na stole pojawia się mały elegancki torcik urodzinowy z - hm, trochę gospodarczą - jedną świeczką, więc nie ma problemów z jej zdmuchnięciem. To musi być całkiem przyjemne świętować urodziny w takich okolicznościach! Po wielogodzinnej kolacji na salę wkraczają bohaterowie wieczoru, czyli szefowie kuchni ze współpracownikami, a paradzie towarzyszą szczere i gromkie oklaski. Udaje nam się porwać do naszego stołu jednego z autorów uczty, aby przedyskutować z nim skład dania, w którym zastosowano mało popularne we Włoszech czerwone buraki. Włoch jest przeszczęśliwy mogąc nam bez końca opowiadać o swoich doświadczeniach i pasji. Wstajemy od stołu jako ostatnie i wielce usatysfakcjonowane wracamy do naszej agroturystyki, całą drogę omawiając wystawny posiłek. W sobotę mamy w planie Turyn. Pogoda nam sprzyja, jest słonecznie i rześko. Z fasonem parkujemy auto w samym centrum miasta tuż obok Palazzo Reale i przez kilka godzin spacerujemy chłonąc atmosferę wyrafinowanego i bogatego miasta. Nadchodzi czas na małe co nieco i po szybkiej ocenie kilku miejsc w bocznych uliczkach trafiamy na przybytek o zdecydowanie italianissimowej atmosferze, choć niezapowiadającej tego nazwie "Taverna i Miserabili", czyli "Tawerna Nędznicy". Błyskawicznie nawiązuje się nić porozumienia między naszą rozbawioną grupką a misiowatym właścicielem Marco i po chwili na stół trafiają zimne i ciepłe dania oraz wino. Zamiast małego co nieco robi się mała biesiada zakończona ekscytującą zgadywanką wysokości rachunku. Ustalenia są takie, że jeśli uda nam się trafić w dokładną kwotę, Marco ma całkiem odstąpić od egzekwowania zapłaty, a w przypadku nietrafienia udzielić stosownego rabatu! Od wygranej dzieli nas różnica kilkunastu euro, więc płacimy z obiecaną zniżką, a biesiada kończy się deserami i kawą oraz wzajemnym wyznawaniem sobie uczuć polsko-włoskich. Popołudnie spędzamy spacerując w jeszcze grzejącym słońcu, a na podwieczorek fundujemy sobie wycieczkę szlakami historycznych turyńskich kawiarni "Le vie del cioccolato" z energiczną przewodniczką Laurą, która z wdziękiem oprowadza nas po uroczych czekoladowo-kawowych miejscach, krasząc przechadzkę licznymi szczegółami i anegdotami opowiadanymi w kilku językach, bo uczestnicy tej mini wycieczki pochodzą z różnych krajów. Czy wiedzieliście, że Turyn jest włoską stolicą czekolady? Albo, że tu właśnie narodziły się receptury wermutów? My już teraz wiemy. Spacer kończy degustacja słynnych turyńskich czekoladek gianduiotti, które trzeba pod czujnym okiem Laury odpowiednio rozprowadzać językiem po podniebieniu i broń Boże, nadgryzać! Zadecydowanie zimny wieczór mobilizuje nas do odwrotu i dyskusji o odpowiednim miejscu na kolację. Chcąc być możliwie blisko agroturystyki decydujemy się na posiłek w małej Carmagnoli, gdzie bezskutecznie przez dłuższy czas poszukujemy jakiejkolwiek restauracji. Zmarznięte, głodne i pękające ze śmiechu orzekamy w pewnym momencie, że prawdopodobnie Carmagnola jest jedynym miasteczkiem w Italii, gdzie restauracji czynnej w sobotni wieczór po prostu nie ma. W końcu jednak udaje nam się i po dłuuugim oczekiwaniu na stolik zasiadamy w modnym i szczególnym lokalu, gdzie i menu jest szczególne, a dania wyjątkowo miłe też i dla oka. Jak zwykle zamawiamy różne potrawy, aby móc się potem nimi dzielić i wszystkiego posmakować. Ostatni dzień znów ze słoneczną pogodą: trzy z nas jadą pociągiem do Turynu, a my z Renią zabieramy auto i wyruszamy na całodniowy rekonesans, bo wciąż szukamy odpowiedniego miejsca na naszą wyprawę enokulinarną w przyszłym roku. Zajeżdżamy też do Bra, gdzie narodził się ruch Slow Food. Krótka przechadzka po miasteczku i... rozczarowanie, że nie ma, przynajmniej w centrum, żadnej informacji na ten temat. W jednej z rokujących agroturystyk decydujemy się przyjąć zaproszenie na obiad: jemy pachnące risotto z salsiccią (miejscową kiełbasą), niezwykle delikatne vitello tonnato (pieczoną cielęcinę z sosem tuńczykowym) oraz tortino di spinaci (rodzaj szpinakowej zapiekanki). Na deser zestaw obowiązkowy, czyli kawa i bunet. Krążąc po okolicy zajeżdżamy do naszego uroczego znajomego Albino w Cascina Barac koło Alby. Częstuje nas ukochanymi prażonymi orzeszkami laskowymi o zniewalającej naturalnej słodyczy i kieliszeczkiem szykownego Barolo Chinato. Dajemy się namówić na wieczorny spacer po Albie i ściągnięcie tam naszych koleżanek z Turynu na wspólną kolację. Czekając na przyjazd pociągu krążymy po uliczkach zamożnego miasteczka i zerkamy na sklepowe wystawy pełne drogocennych białych trufli. Kolację jemy w gwarnej trattorii wybranej przez Albino. Jest znów na przystawkę vitello tonnato (w każdym miejscu nieco inne), polenta z grzybami i cukinią, tortellini z różnymi farszami, gnocchi, desery. Jesteśmy dość zmęczone intensywnym dniem i - aż trudno w to uwierzyć - nie udaje nam się w sześć osób wypić nawet jednej butelki wina. Albino bryluje szczęśliwy z towarzystwa pięciu kobiet, a my niestety, w myślach już szykujemy się do podróży powrotnej... Późnym wieczorem docieramy do La Margherita, a tu już tylko pakowanie, a raczej upychanie i zabezpieczanie w walizkach licznych butelek, słoików, pojemników... no i przykra perspektywa bardzo krótkiego snu. Musimy wstać o świcie, bo wcześnie rano mamy samoloty z Turynu. Całą drogę na lotnisko pada rzęsisty deszcz - cóż, wyjeżdżamy i Piemont płacze... |













